Babia dzień 2 - Beskid Mały

Sobota, 6 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Wyjazdy
Rano asfaltem pod Beskid Mały, tam ugadanie się przy pewnym zakręcie i dłuuugie oczekiwanie na Przybyszów. Gdy dotarli, kierunek uphill, bo inaczej z tym pasmem na starcie się nie da :P. W ogóle miało być sporo interwałów, tak wynikało z mapy. No i się sprawdziło, po podjeździe fajny kawałek zjazdu, potem znów nabieranie wysokości. I tak w kółko, choć przeważały podjazdy ;). Zwiedzanie jaskiń, a tak to bardzo fajne szlaki. Mało kamieniste, praktycznie non-stop w siodle. Gorąc duży więc skorzystaliśmy z napotkanego prywatnego schroniska wydobywając wodę prosto ze studni :). Następnym wodopojem było mega źródełko przy którym miała być jakaś szopa ale znudziło się szukanie. Zresztą w tych okolicach jeśli dobrze pamiętam przesadziłem z prędkością mijając współtowarzyszy i niespodziewany kamerdolec spowodował wybicie, które zakończyło się lądowaniem kołem prosto w duży obiekt RTV. Momentalny snejk spowodowany zmiażdżeniem opony i dętki pomiędzy obręczą a głazem, katapulta przez mostek (na który nadziałem się wiadomą częścią ciała), upadek na otwartą dłoń i ryjem prosto w kamień. Fullface podczas pierwszego wyjazdu uratował mi prawdopodobnie dupę :). Jaja bolały i bolały, a ja leżałem. Plecak trochę oberwał, spodnie rozerwane, dłoń natomiast mocno stłuczona, co czułem podczas kontynuacji zjazdu i już przez cały wyjazd. Zrobiono mi ładną fotkę i po wymianie dętki zebraliśmy się. Kołami zaplecionymi w Bikershopie w Katowicach jestem absolutnie totalnie zachwycony. Mówię to teraz, kilka miesięcy po tej glebie, z innymi ekscesami na koncie ;). Chociaż fakt faktem, że brałem co najmocniejsze w takiej klasie, na czele z mosiężnymi nyplami, na których bardzo mi zależało.

Po zjeździe podjechaliśmy do lokalnego dziwnego baru (wieś Krzeszów, bodajże), aby zjeść coś podejrzanego i wypić już bardziej znane trunki. Ceny jak to w takich miejscach, śmiesznie niskie :P. Z tego co pamiętam wziąłem też kebaba, który no smakiem nie grzeszył, ale ceną też nie :P. Chciałem schabowego, wciąż go nie dostałem :D. Do sklepu po prowiant, maść na stłuczenia. I w drogę. Fajną traską, choć męczącą bo sporo podjazdu. Dzień powoli się kończył, rozglądaliśmy się więc za miejscem, w którym możnaby pozalegać. Padło na oznaczoną wiatę, dość jeszcze odległą, na górce Leskowiec. Która była swoją drogą punktem widokowym. Po długim ale dobrym podjeździe, bo wziętym z zadziorem, z ładną końcówką bez postoju, pojawiliśmy się na wypłaszczeniu pomiędzy głównym szczytem Leskowca a drogą do schroniska. Gdy po chwili zjawiła się reszta, podjechałem sobie szybko do schroniska po Powerade'a co by jutrzejszy dzień zacząć bez zakwasów, obaliłem przy kasie i pojechałem :P. Decyzja czy śpimy pod wiatą zależna była od jej wyglądu, skierowałem się więc na podjazdo-rekonesans. Obczajona, obfocona, zjazd po decyzję :P. Zaakceptowano, więc podjazd jeszcze raz ;).

Wiata bardzo fajna, choć mała, miejsce na ogień obecne, opału pod dostatkiem. Oporządziliśmy co trzeba, pościnałem sobie podkładkę pod moją minimalistyczną sypialnie (alumata :P), po czym zalegliśmy.


Widoczki ;)


Jeszcze jadę :P


Grupowo


iiii gleba :P. Nadchodzące i odchodzące fazy bólu :P


I głupkawa mina


Widoki z miejscówki do sapania [;

Dzień poprzedni, <a href="">Dzień następny</a>

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa iodty

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]