Babia Góra

Czwartek, 4 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Nocą, Wyjazdy
Podejście kolejne aby zdobyć moją ulubioną (i najczęściej odwiedzaną) górę, jaką jest Babia Suka. Nazwa nadana przeze mnie, gdyż musiałem czekać wieeeele lat, aby zobaczyć z jej szczytu coś więcej niż skały kilka metrów przede mną, czy jakieś widoki najbliższych dolin. Odczarowana została pewnego razu przy poświęceniu jednego z moich kolan, następnie kilka godzin później przez nocne wejście zaśnieżoną i oblodzoną Percią na wschód słońca dobiło resztek targu i tak oto cieszyć mogłem się perfekcyjnymi widokami (i trzaskającym mrozem :D).

Pomysł wjazu i zjazdu na rowerze był od dawna, gdyż tyle razy byłem tam pieszo, że chciałem zaliczyć ją także w ten sposób ;>. Próba pierwsza nie wyszła z powodu totalnego załamania pogody, próba druga to bodajże zaspanie lub jakieś inne czynniki typu praca, nie pamiętam już dokładnie. Trzecia próba miała miejsce w górach :P. I opisana jest dość dokładnie w notce pt. Niebieska masakra, gdzie szlak graniczny Beskidu Równego pokonał mnie błotem i gnojem, z moralami na poziomie -69 zarządziłem odwrót dnia następnego. Zresztą dobrze, bo nie miałem w ogóle hebli ;).

Podejście zatem kolejne zaplanowane było po 2 dniach w pracy, jechać miałem z samego rana. Drugiego dnia pracy obudziłem się jednak z dość ciekawą dolegliwością żołądkowo-wydostającą się :P. Zatrucie że hej, ból brzucha i częste debaty w towarzystwie WC Kaczki. Dzień w pracy umilało mi to znacznie, ale jeszcze lepiej zrobiło się na myśl, że rano przecież miałem jechać... Żarłem węgiel, piłem wygazowaną Colę (wg Google :P), dostałem też coś dziwnego od nadwornej lekomanki (dalej zwana Anią, dziewczyną, partnerką życiową czy też naczelnym spaczem na puszczanych przeze mnie filmach :P). Nie zmieniło to faktu, że po powrocie do domu odbywałem rozmowy także ze znaną mi bardzo dobrze moją prywatną WC Kaczką. Rano zresztą skręcało mi wnętrzności dalej, jedzenie nie bardzo chciało wchodzić, chciało za to bardzo szybko wychodzić.
Poirytowany zebrałem się jednak wcześniejszym popołudniem, mocno spóźniony, zmodyfikowawszy plany objazdu granicy na szybkie dostanie się do naszych Południowych Sąsiadów. Atak od tamtej strony wydawał się najlepszą opcją, na rowerzystów na szlakach patrzy się tam inaczej, szlak jest trudniejszy do zniszczenia (względy biologiczno-ekologiczne mam na myśli :P) rowerowo, łatwiejszy zaś do podjechania (wedle źródeł internetowych, nie dane mi było tam..no być :P).

W pociągu próbując trzymać organizm na wodzy zaobserwowałem, że najcudowniejsze opony na świecie, czyli Schwalbe Nobby Nic Evolution (pseudonim roboczo-praktyczny "Łoby Nic"), kolejny raz dały znać o swojej zajebistości. Na jednej z opon widać długie wyraźne przecięcie, a przecież czekała mnie (w założeniu) wyrypa po sekcji małego AGD i średniego RTV na zjeździe z Babiej... Szybkie szukanie przez telefon otwartego sklepu w Żywcu, gdzie mógłbym nabyć jakąś terenową oponę. Pociąg przyjeżdżał jednak już po zamknięciu wszystkich, chociaż w jednym zgodzono się zaczekać kilka minut. Jednakże opóźnienie, które gwarantuje nam PKP okazało się dla tego pomysłu zabójcze. Pożegnałem się więc z ostatnim cywilizowanym klopem poprzez krótką pogawędkę z PKP Kaczką, i wysiadłem.
W drodze do sklepu, w nadziei że może kogoś pojebało i na mnie czeka, zobaczyłem bikera na zjazdówce (przy monopolu, a jak! :D swój chłop). Zapytałem czy zna jakiś otwarty sklep, może Google nie dało sobie rady. Nie zdziwiła mnie odpowiedź negatywna, zdziwiła jednak natychmiastowa propozycja oddania mi swojej opony oO. Używanej, oczywiście, no ale kaman.

Przejazd przez Żywiec, dojechanie do kamienicy (w której mieszkali chyba sami rowerzyści oO w środku atmosfera jak w akademiku, sklepie rowerowym i monopolu jednocześnie - bajka :D). Dostałem oponkę, za którą zapłacić nie było sposobu, bez uciekania się do "wsadu bezpośredniego" ;). Krótka pogawędka, opona przytroczona do plecaka (niestety drutówka :P), w drogę do granicy, robiło się ciemno.

24 kilometry potem, w Korbielowie, montowanie lamp bo już na dobre się ściemniło. Przejazd przez mroczną granicę, uciecha iż tym razem obejdzie się bez wpychania bajka na Studenta, dalej asfalt już na Słowacji. Zjazd do mieściny, zredukowanie liczby oświetlenia w celu maksymalnego czajenia się. Wolałem uniknąć pytań gdzie ja się cisnę, jeszcze z zapadającą nocą. Do tego w niezrozumiałym języku :D. GPS uratował przed kluczeniem większym niż to potrzebne, zjechałem na leśną drogę. Minęła mnie jakaś straż, w ogóle nie zwracając uwagi (nawet dosłownie, blisko było :P). Przed dwoma innymi miejscami wyłączyłem światła i starałem się jechać po cichu :P. Mimo, że jak teraz sobie myślę to nie wiem jak się stara jeździć po cichu, to jakoś tak próbowałem :P. Wreszcie skończył się świat i zaczęła ścieżka w górę, szlak. Podjeżdzalny, lecz po chwili koleiny. Przerwa na foto i odkrycie, że żołądek mnie nie boli, a Kaczki w wydaniu leśnym szukać też nie potrzebuję. I nagle zacząłem się robić głodny, chciałem nadrobić dni bez jedzenia :P. Snickers, OSHEE, dziwna tabletka (tak co by nam się :P), i w górę. O dziwo mimo odwodnienia szło sprawnie, praktycznie wszystko w siodle, czasem tylko z powodu ciemnicy gdzieś pakowałem się w kamień czy koleinę. Jednakże szlak żółty u Sąsiadów jest podjeżdżalny w około 90%, tylko czasami nie warto na dane fragmenty marnować sił, czasami natomiast sztuczne ułatwienia dla turystów przeszkadzają. No i zależy od warunków. Po drodze znalazłem szopkę, postanowiłem się przespać i ustalić jakoś godzinowo o której będę musiał wstać aby dostać się na wschód słońca (tak by fajnie wyszło ;) nie dość, że rowerem to jeszcze na wschód). Łatwo nie było dokonać synchronizacji, zaś spać położyłem się z łbem pełnym schizów, iż Crittersy dobierają się do pozostawionych przeze mnie opakowań po zupce i daniu błyskawicznym :P.

Pozbierałem się wciąż po ciemku, dalej było trochę chodzenia bo pojawiały się schody. Zaczynało robić się coraz jaśniej, i coraz częściej uderzałem z buta. Gdy zniknęła kosodrzewina zrobił się fajny techniczny podjazd, który za chwilę miał przerodzić się w schody a następnie duuupen stopnie, które to okolice już znałem bo były pod szczytem, tam z Anią szukaliśmy noclegu w krzokach. Rower początkowo obok, po chwili na plecach i żmudne pokonywanie podejścia, którego koniec obfitował w zdjęcia, które robili mi obecni na górze turyści :P.

Na szczycie bez słowa, miałem wrażenie, że nie jestem tam zbyt mile widziany ;). Raczej nie widziano we mnie osoby, która sporo po górach chodziła i bardzo je szanuje :P. W ogóle myśleli chyba, że jestem Słowakiem (może i dobrze :P). Krótka sesja foto i fullfejs na łeb. Sekcja AGD i RTV, po chwili na płytowym singlu. I on był świetny, można było dokręcać i przejeżdżać tuż nad przepaścią, kilka małych dropów, jednak wolnych bo od razu za nimi zakręty w kosodrzewinę. Później dwa razy zejście, zaplanowane zresztą podczas ostatniego pieszego rekonesansu :P. Nie na moje siły, nie na mój rower i nie na samotny wyjazd =P. Po drodze też jakiś snejk, ciężkie i niefajne fragmenty dużych kamerdolców. Wreszcie fajna końcówka lasem aż na Przełęcz. I tam rozbieram się z warstw ubrań :P. Podejście na Małą Babią to cały czas rower w łapach lub na plecach. Po schodach. Na szczycie gdy zobaczyłem która godzina, postanowiłem zrobić sobie dłuższą przerwę i coś zjeść, Straży Parku już raczej się tam nie spodziewałem :).

Po sesji foto ubrałem się ponownie i odbyć miałem zjazd fenomenalnym singlem z Małej Babiej. Taki mi się wydawał gdy szedłem go pieszo, pomijając co chwilę wkopane w poprzek kamienne płyty irygacyjne. No i to one w głównej mierze spowodowały, iż ten szlak to absolutna katastrofa i porażka. Jechało się absolutnie do dupy, co chwilę dohamowania przed konarami, głazami, kanałami. Dwie gleby przez zaplątaną kosówkę i/lub za słabe hamulce. Generalnie zero flow i co chwilę denerwowanie się zastanymi przeszkodami. Po wyjeździe z krzaków już trochę lepiej, ale tam nudny szeroki dukt z powalonymi drzewami, kończący się przy nowej wiacie.. I tam generalnie koniec zjazdu z Babiej. Poziom zadowolenia? Wyszło, fajnie. I to z takimi przeciwnościami, że hej ;). Nie planowałem wybrać się o takiej porze, z taką trasą i z takimi przygodami żołądkowymi. Ale udało się perfect, widoki również, Crittersy także mnie nie zjadły. Zjazd natomiast to fragmenty fenomenalnego szlaku, jednak stanowiły może 10% całości. Reszta to ot sobie wyzwanie, tyle. Jeśli kiedyś wrócę to z "większym" rowerem :).

Chwila podjazdu, trochę zjazdu, szukanie oznaczonego na mapie (i GPS-ie) bunkra czy tam jaskini, które zwyczajowo zakończone zostało niepowodzeniem :P. Później gdzieś w kierunku Beskidu Małego, gdzie umówiony byłem z Anią i Rychem. Tylko że na dzień następny ;). I to rozwalenie zaplanowanej trasy było właśnie powodem, dla którego nie wiedziałęm co ze sobą zrobić :P. Zjechawszy trochę z gór nie miałem pomysłu gdzie jechać tak, aby jutro spotkać się z Nimi pod Małym. A że zasypiałem na stojąco, gdy zobaczyłem na mapie jakieś schronisko młodzieżowe w Ślemieniu, postanowiłem że właśnie tam zjeżdżam. Na miejscu okazało się że nocleg jest za półdarmo jak to w takich schroniskach, zaś samo łono znajduje się..nad remizą :P. Niestety z jedzeniem średnio, musiałem się silić własnymi zapasami i zakupami zrobionymi w pobliskim sklepie [;



Przekroczenie granicy i granicy możliwości jazdy bez lamp :P. Długie czasy do boju!


Uzupełnianie płynów :P (niepewne :P)


Podjazd :)


Po krótkim śnie, zdobywanie końcówki.


Wschód, tym razem z Meridką :>


O ;]


Za RTV, przed małym AGD


Przeróbka podobnego zdjęcia pieszo, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem widoki z Babiej ;) Była podobna poza triumfu :P

Wszystkie zdjęcia

Dzień następny

Komentarze (0)

Nie ma jeszcze komentarzy.
Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa cebyl

Dozwolone znaczniki [b][/b] i [url=http://adres][/url]